Felietony

Słuchamy, oglądamy, czytamy i opiniujemy…

Rubinstein w Polsce (3-12 VI 1958 r.)

Zapiski z historii

  • autor: Maciej Chiżyński
  • publikacja: październik 2019 r.

 

Przyjazd Rubinsteina do Polski w 1958 r.

Światowej sławy pianista po wojnie odwiedził kraj ojczysty siedem razy – w latach 1958, 1960, 1964, 1965, 1966, 1975 i 1979. W 1958 r. Maestro przyjechał na zaproszenie Polskiej Agencji Artystycznej PAGART. Wizyta mogła odbyć się dzięki odwilży październikowej, a o jej przebiegu informują nas liczne echa prasowe.

… […] w Warszawie „nareszcie można się wycałować za wszystkie czasy. W Anglii i Ameryce usta są zawsze suche”. …

Witano go jak Paderewskiego

Na Okęciu wylądował we wtorek 3 czerwca o godz. 16.10. Przybył Latającym Holendrem, czyli samolotem KLM z Amsterdamu. Podróżował z żoną Nelą (z d. Aniela Młynarska) i dwójką najmłodszych dzieci: Aliną (wówczas miała lat 13) i Johnem (lat 11).

Trybuna Ludu (nr 155, z 4 czerwca) relacjonowała: „Już na długo przed przylotem samolotu zgromadziły się na lotnisku setki osobistych przyjaciół i entuzjastów talentu wielkiego pianisty. Jest też na lotnisku najbliższa rodzina Artura Rubinsteina: siostrzeniec i siostrzenice, jedyni, którzy przeżyli wojnę”. Poza tym witali go przedstawiciele Ministerstwa Kultury i Sztuki, Związku Kompozytorów Polskich z prezesem Kazimierzem Sikorskim na czele, Stowarzyszenia Polskich Artystów Muzyków, Filharmonii Narodowej oraz delegacje szkół muzycznych.

Wydarzenie przerodziło się w życzliwą manifestację. W Expressie Wieczornym (nr 134, 5-6 czerwca) czytamy, że „tak serdecznie po wojnie nie witała Warszawa żadnego artysty, żaden nie mógł się też równać do Artura Rubinsteina, uznanego powszechnie za najwybitniejszego pianistę świata”. Dziesiątki wiązanek kwiatów ofiarowali mu i jego małżonce przyjaciele z dawnych lat, tacy jak Adolf Dymsza, Arnold Szyfman czy Roman Jasiński. Dymsza podziwiał jego sprawność fizyczną, a ten z dumą prężył bicepsy i chwalił się tężyzną. Żartował, że w Warszawie „nareszcie można się wycałować za wszystkie czasy. W Anglii i Ameryce usta są zawsze suche”.

Był także czas na tkliwość i rozrzewnienie: „Zawsze kochałem Warszawę, zawsze wracałem tu ze wzruszeniem. Teraz po prostu brak mi słów. 20 lat upłynęło od czasu, kiedy byłem tu po raz ostatni. Urodziłem się w tym kraju, znam to wszystko i czuję”. Dziennikarzowi Głosu Wybrzeża (nr 132, 4 czerwca) wyznał: „Jestem tak wzruszony moim obecnym tu przybyciem po latach, że trudno mi nawet mówić. […] przyznam się, że nie spodziewałem się tak gorącego przyjęcia, tylu przyjaciół, muzyków i młodzieży na lotnisku. […] Byłem i pozostanę do końca życia ślepym patriotą”.

Ludzi było tak wielu, że Rubinsteinowie z trudem przedostali się do podstawionego samochodu.

… „Kiedy zobaczyłem w San Francisco, że brak jest polskiego sztandaru, taka mnie wściekłość ogarnęła, że wstałem i […] zagrałem Mazurka Dąbrowskiego. Sala odpowiedziała owacją”. …

Konferencja prasowa

Po zakwaterowaniu spotkał się w hallu hotelu Orbis Bristol z dziennikarzami. Na zaimprowizowanej konferencji prasowej rozmawiał z nimi przez prawie dwie godziny w sposób wyjątkowo bezpośredni, jakby byli jego starymi znajomymi. Opowiadał o rodzimej Łodzi, o swoich występach oraz o paryskim koncercie Mazowsza, który dwa lata wcześniej doprowadził go do łez. Mówił też o sposobie pracy nad utworami, podkreślając, jak ważną rolę pełni w jego interpretacjach myśl. Nasuwają się skojarzenia ze znamiennymi słowami, które miał wypowiedzieć sam Fryderyk Chopin: „Nie ma prawdziwej muzyki, jeśli nie stoi za nią ukryta myśl”.

Artur Rubinstein odniósł się także do młodego pokolenia polskich pianistów, nie szczędząc słów uznania dla Haliny Czerny-Stefańskiej, Barbary Hesse-Bukowskiej, Andrzeja Czajkowskiego i Adama Harasiewicza. Podsumował, że „dodrapano się dziś do prawdziwej muzykalności Polaków”. W kolejnych dekadach czas pokazał, jak wspaniałymi artystami oni byli i – w przypadku Adama Harasiewicza – nadal są.

Wspominał o tym, jak w San Francisco wykonał polski hymn narodowy: „Kiedy w San Francisco nie było sztandaru polskiego na pierwszym Zgromadzeniu ONZ, miałem następujące zdarzenie. Grałem w niedzielę po południu. Podczas wojny rozpoczynaliśmy nasze koncerty hymnem narodowym kraju, w którym występowaliśmy. Kiedy zobaczyłem w San Francisco, że brak jest polskiego sztandaru, taka mnie wściekłość ogarnęła, że wstałem i powiedziałem, iż w sali, w której ma się kształtować przyszły pokój, nie mogę znieść braku polskich barw. Zagrałem Mazurka Dąbrowskiego. Sala odpowiedziała owacją”.

Połowa honorarium

Przypomniał również pewną zabawną sytuację sprzed wojny, kiedy to dyrektor łódzkiej filharmonii, impresario Alfred Strauch, uskarżał się na złą koniunkturę i prosił o obniżenie honorarium o połowę. – Nie chciałem się na to zgodzić, ale zapewniłem, że gdyby nie było kompletu na sali, to przyjmę mniejsze honorarium. Przyjeżdżam z bratem na koncert i zastaję drzwi na salę zamknięte, wewnątrz pustki, a na galerii koronka, kilka zaledwie osób. Zbladłem, brat zbladł jeszcze bardziej i poszliśmy do pokoju dla artystów. Wtem wchodzi Strauch z tragiczną miną i mówi: „Widzi pan, co się dzieje. Ja jednak zgodnie z umową zapłacę połowę honorarium”. I wyjmuje kopertę z przygotowanymi pieniędzmi. Co było robić? Przyjąłem honorarium zgodnie z umową i podpisałem rachunek. Wtem dzwonek. Co się okazało? Strauch nie wpuszczał publiczności na salę pod pretekstem, że jeszcze nie sprzątnięta. Kiedy zaś załatwił ze mną sprawę – otworzył drzwi i na salę rzucili się zgromadzeni w hallu i zniecierpliwieni słuchacze. Grałem w sali wypełnionej po brzegi…”.

… „Zbladłem, brat zbladł jeszcze bardziej i poszliśmy do pokoju dla artystów”. …

Bankiet u Iwaszkiewiczów

W programie wizyty Rubinsteinów było zwiedzanie odbudowującej się po wojnie Warszawy. 4 czerwca gościli u Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku w Podkowie Leśnej. Wieczorem poeta wydał przyjęcie na cześć Artura, w którym uczestniczyli przyjaciele pianisty oraz śmietanka artystyczna stolicy.
5 czerwca, w święto Bożego Ciała, Rubinstein planował wybrać się z rodziną do Żelazowej Woli oraz Łowicza, by zobaczyć procesję, ale ze względu na złe samopoczucie pozostał w hotelu. Pojechała tylko Nela i dzieci.

7 czerwca w sobotę o godz. 19.30 wystąpił z recitalem w Krakowie, rozpoczynając krótkie tournée. Na afiszu znalazła się Toccata C-dur Bacha-Busoniego, dwa impromptu Schuberta z opusu 90, Karnawał Schumanna oraz dzieła Chopina: Barkarola, dwa mazurki, Scherzo b-moll, Impromptu Ges-dur oraz Polonez As-dur. W Krakowie Rubinsteinowie bawili jeden dzień; zwiedzili Wawel i poszli na Skałkę, by pochylić się nad prochami Karola Szymanowskiego. W podróży towarzyszył im Henryk Sztompka.

W Warszawie zagrał dwa recitale w gmachu odbudowanej filharmonii: 9 i 11 czerwca, z których drugi skierowany był do członków Towarzystwa im. Fryderyka Chopina. 10 czerwca w godzinach południowych dał w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki dodatkowy recital, przeznaczając honorarium na rzecz TiFC. Z kolei o godz. 19.30 wykonał z udziałem Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Narodowej Koncert Es-dur Beethovena oraz Koncert e-moll Chopina. Dyrygował Bohdan Wodiczko. Wydarzenie miało być transmitowane na żywo przez Program Drugi Polskiego Radia, ale najprawdopodobniej wycofano się z tego na prośbę solisty – ze względu na jego przeziębienie.

Wydarzenie sezonu

Tygodnik Radio i Telewizja (nr 23, z 8 czerwca) określił przyjazd Rubinsteina do Polski mianem największego wydarzenia sezonu. O jego stylu wyrażono się tak: „Ten pełen humoru starszy pan, który ma zawsze na języku jakiś dowcip, odznacza się ciągle niespożytą energią i werwą. […] Grę jego – namiętną, żywiołową, to znów pełną subtelnego czaru poetyckiego – cechuje wielki polot i olbrzymia potencja emocjonalnego przeżycia”.

Maciej Chiżyński

Galeria
Artur Rubinstein, Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Narodowej, Bohdan Wodiczko (10 czerwca 1958 r.)

Autor fotografii: Tadeusz Rolke

Podziękowanie

Za merytoryczne wsparcie dziękuję p. Wojciechowi Grochowalskiemu,
prezesowi Międzynarodowej Fundacji Muzycznej im. Artura Rubinsteina.

FOTO: © Ewa Rubinstein. Arch. Fundacji A. Rubinsteina (Artur Rubinstein, Marbella, Hiszpania 1971)